iTechArt logo

“Widziałem tę drogę w ich oczach” - historia pomagania.

Company news

Kilka tygodni temu zaczęliśmy akcję wsparcia dla rodzin, które musiały przenieść się do Łodzi, naszej głównej lokalizacji w Polsce, zostawiając dosłownie wszystko za sobą. Nasi wolontariusze poświęcili dużo energii, żeby pomóc tym, którzy znaleźli się w najtrudniejszej sytuacji. Jako autor tekstu byłem osobiście zaangażowany w tę akcję i podjąłem decyzję, że nie może ona pozostać niezauważona. Bo to jest właśnie ścieżka, którą wszyscy nadal powinniśmy podążać. Bez wątpienia, teraz jest czas na pomaganie. 

Michal_Kwiatkowski.jpg

Michał Kwiatkowski

Senior Content Specialist

Dziennikarz społeczny i kulturalny, rzecznik i organizator festiwali, członek zespołu komunikacji iTechArt

Widząc jak trudna sytuacja zasypała miasto lawiną spontanicznych inicjatyw, chcieliśmy znaleźć formę bardziej precyzyjnego wsparcia. Postanowiliśmy, że będziemy osobiście spotykać się z rodzinami, którym chcemy pomóc. W ten sposób mogliśmy dowiedzieć się, jakie są ich najpilniejsze i największe potrzeby. Do rodzin jeździliśmy zawsze we dwójkę – mieliśmy to szczęście, że jedną z osób zawsze był ktoś, kto znał język rosyjski lub ukraiński. Szybko okazało się, że pomoc językowa jest jedną z najważniejszych. Poza wsparciem rzeczowym, mogliśmy w prosty sposób dostarczyć informacji na temat dokumentów, procedur, ofert pracy, opieki medycznej czy po prostu realiów życia w Polsce. 

- Pomogliśmy do tej pory 32 rodzinom, czyli ponad setce dorosłych i dzieci, dwunastu psom i kilku kotom. Wydaliśmy prawie 100 000 PLN środków, które powierzyła nam firma. Zdajemy sobie sprawę, że to kropla w morzu potrzeb, ale cieszymy się, że dostaliśmy możliwość pomocy na taką skalę – mówi Marta Piotrowska, Communication Manager iTechArt Poland – W sumie kupiliśmy kilkadziesiąt voucherów do Biedronki, H&M, Smyka czy Ikei. Szybko okazało się, że możliwość zrobienia samodzielnych zakupów dla rodzin, które przyjechały z niczym, jest bezcenna. 

Marta jest pewna, że wśród przybyłych nie ma osób, które liczą na to, że ktokolwiek da im coś za darmo. - To w większości są matki, które walczą o życie swoich dzieci. Ich mężowie czy partnerzy zostali na jednym froncie, one na drugim i jako mama jestem święcie przekonana, że musimy im pomagać. 

Opuszczenie domu nigdy nie jest łatwe

Artur Mazur, nasz Quality Assurance Engineer mówi, że opuszczenie domu i wyjazd do innego kraju to nigdy nie jest prosta sprawa. Sam tego doświadczył i wie, czego może tym ludziom brakować. Zgłosił się do drużyny wolontariuszy, bo wierzył, że w ten sposób rzeczywiście pomoże. Jak przyznaje, najbardziej poruszyły go historie ludzi, którzy uciekali przed wojną po raz drugi.

- Byłem u rodziny z szóstką dzieci, która pochodziła z Doniecka. W 2014 roku musieli stamtąd wyjechać i znaleźć inne miejsce do życia. Przeprowadzili się do małej wioski niedaleko Rowna. W 2022 roku wybuchła kolejna wojna i znowu musieli zostawić swój dom. Matka tych dzieci ciągle ma siłę i odwagę, żeby wychować je we właściwy sposób. Jej mąż po wypadku w kopalni w Doniecku ma znaczny stopień niepełnosprawności, ale po przyjeździe do Polski natychmiast poszedł do pracy, żeby utrzymać swoich bliskich. Byłem pod ogromnym wrażeniem tych ludzi. Mają niesamowitą siłę, nie załamują się, nie rozpaczają dlatego, że ich życie znowu legło w gruzach. 

- Cieszę się, że Polacy pomagają w taki sposób. Są naprawdę niesamowici dodaje Artur. Podkreśla również, że ludzie przyjeżdżający do Polski potrzebują informacji, więc każdy ze znajomością rosyjskiego i polskiego lub angielskiego można znacznie poprawić ich sytuację poprzez zwykłą rozmowę. 

Hanna Kotava, która również jest naszą QA Engineer, świetnie rozumie, że jej znajomość języka rosyjskiego jest bardzo potrzebna. To jeden z powodów, dla którego dołączyła do wolontariuszy. - Bardzo się martwię tą sytuacją. Ponieważ jestem dziewczyną, nie mogę zbyt dużo pomóc siłą mięśni. Zdecydowałam więc, że pomogę najlepiej, jak potrafię. 

Najszczęśliwsza osoba na świecie

Jedna z rodzin bardzo mocno zaimponowała Hannie. - To była kobieta z mężem i dwójką adoptowanych dzieci. Kobieta była bardzo pogodna, mimo tak trudnej sytuacji życiowej. Opowiadała nam, że uciekają przed wojną po raz drugi, ponieważ pochodzą z Doniecka, tak samo jak rodzina, o której wspominał Artur. Byłam zdumiona, kiedy spytałam, jak najlepiej możemy pomóc i czy mają wystarczająco dużo jedzenia, czy mają pieniądze na jego zakup. Wtedy ona odpowiedziała, że cieszy się, że dzieci poszły do szkoły, bo mają tam jeden solidny posiłek. Dla niej i jej męża zupa, którą właśnie robiła, to więcej niż potrzebują. Bardzo mnie poruszył fakt, że mimo, że mieli tak niewiele, wciąż im to wystarczało. My sami przecież wyrzucamy tak dużo jedzenia, prawda? 

Magda Przybylska, nasza Happiness Manager, wspomina - Spotkaliśmy dziewczynę, która mówiła nam, że dostała słoik fasoli w punkcie recepcyjnym i że jest najszczęśliwszą osobą na świecie, że w ogóle ma co jeść. Oni wszyscy nadal tkwią w mojej głowie – mówi i dodaje, że wszystkie spotkania były pełne emocji. – Ludzie opowiadali nam o swoim życiu, a my to przyjmowaliśmy, wszystko ich emocje do siebie. Często pojawiały się łzy. Pamiętam każdego z nich i prawdopodobnie zostaną ze mną na zawsze. Spotkań takich jak te po prostu nie da się zapomnieć. 

Magda jest pewna, że pomoc ludzi, którzy znają język, jest w tym momencie najcenniejsza, bo można wtedy pomóc bardzo precyzyjnie. - Ja ze swojej strony chciałam, żeby te rodziny wiedziały, że Polacy są tutaj, żeby im pomóc i że nie muszą się niczego obawiać. Że rozumiemy ich sytuację i że nie muszą się wstydzić prosić nas o pomoc, nie muszą się zamykać w sobie tylko z powodu bariery językowej. Artur pomógł mi nawet napisać kartki do rodziny, która mieszka obok mnie i mówi tylko po ukraińsku. Dzięki temu mogłam do nich pójść i byłam w stanie się z nimi porozumieć, pomóc im w różnych formalnościach. Udało się, nawet mimo tego, że nie znałam ich języka – zapewnia Magda. 

Czy jesteśmy pewni, że oni potrzebują naszej pomocy? 

- To naprawdę niesamowita akcja, serio – mówi Siarhei Shchamialiov, Office Maintenance Manager – W ten sposób mogliśmy naprawdę pomóc. Na początku byłem sceptyczny. Czy jesteśmy absolutnie pewni, że ci ludzie potrzebują naszej pomocy? Kiedy jednak przychodzisz do takiej rodziny i wszyscy przyjmują się z wdzięcznością i sympatią, wiesz już, że zjawiłeś się we właściwym momencie. Ci ludzie często przyjeżdżają z niczym poza dziećmi, nie wszyscy mają tu kogokolwiek, kto może ich wesprzeć. Widzisz więc, że byłeś tu potrzebny. Fajnie, że dostaliśmy budżet i mogliśmy poświęcić nasz czas na tę akcję. 

Dla Siarheia bardzo ważne było wytłumaczenie uchodźcom, że jesteśmy firmą, w której jest dużo białoruskich specjalistów zaangażowanych w poaganie. - Nie chcę, żeby zapomnieli, że jesteśmy z nimi, że ich wspieramy. Pomagamy jak tylko możemy, mimo, że jesteśmy w różnych częściach świata. 

Jak mówi Siarhei, wszyscy, których spotkał, bardzo mu zaimponowali, bo każdy poradził sobie z sytuacją w inny sposób. - Na przykład ta babcia, która opuściła kraj ze swoim wnukiem. Rodzice zostali po tamtej stronie. Ona, chłopiec i kot przyjechali do Łodzi i widziałem, że dla niej było to cięższe, niż dla jej wnuka. Ojciec, jej syn, nie mógł z nimi pojechać i to złamało jej serce. Musiała wziąć wnuka i uciekać, zanim dosięgnie ich wojna. To było ciężkie nawet dla kota, było widać, jaki jest zestresowany. Mały jest piłkarzem i powinien kontynuować rozwój w lokalnym klubie. Właścicielka mieszkania znalazła mu szkołę sportową i to jest super. Kupiliśmy im vouchery do sklepu sportowego, żeby mogli kupić chłopakowi porządne buty. 

Każdy wyjazd był dla Siarheia łamiący serce, ale przyznaje, że robiąc coś takiego udzielasz realnego wsparcia. - Pamiętam pierwsze miejsce, które odwiedziliśmy. Cztery rodziny mieszkały tam w jednym pokoju. Dopiero co przyjechali i widziałem ten strach, tę drogę w ich oczach. To trafia prosto w serce, ten ogień, bo wszyscy oni doświadczyli czegoś, czego nie da się pozostawić za sobą. I możesz to wszystko zobaczyć. 

---
Ponieważ jestem autorem tekstu, byłoby dziwne, gdybym cytował sam siebie. Pozwólcie mi więc dodać, że dzięki zaangażowaniu w tę akcję mogłem spać w miarę spokojnie przez kilka ostatnich nocy wiedząc, że próbowałem cos zrobić, że firma, w której pracuję jest w porządku i ludzie, których zatrudnia są naprawdę niezwykli. Marta, Magda, Hanna, Artur, Siarhei, Vitali – dziękuję! / Michał